sobota, 5 września 2015

Rozdział 1 - Dziewczynka, która przeżyła

Państwo Dursleyowie spod numeru czwartego przy Privet Drive mogli z dumą twierdzić, że są całkowicie normalni, chwała Bogu. Byli ostatnimi ludźmi, których można by posądzić o udział w czymś dziwnym lub tajemniczym, bo po prostu nie wierzyli w takie bzdury.
Pani Dursley była kobietą pracującą, dyrektorem firmy Grunnings produkującej świdry. Była wysoką, pulchną kobietą pozbawioną szyi, za to wyposażony w niezbyt kobiecy, jeśli określenie kobiecy można było użyć mówiąc o tej kobiecie, rzadki wąsik. Natomiast pan Dursley był drobnym siwiejącym jegomościem i miał długą szyję, co tworzyło uzupełnienie w tym małżeństwie i pomoc w pilnowaniu swojej pociechy z nad gazety informacyjnej. Córka Dursleyów miała na imię Darya, a rodzice uważali ją za najwspanialszą dziewczynkę na świecie.
Dursleyowie mieli wszystko, czego dusza zapragnie, ale mieli też swoją tajemnicę i nic nie budziło w nich większego przerażenia, jak myśl, że może zostać odkryta. Uważali, że znaleźliby się w sytuacji nie do zniesienia, gdyby ktoś dowiedział się o istnieniu Potterów. Pan Potter był bratem pana Dursley, ale nie widzieli się od wielu lat. Prawdę mówiąc, pan Dursley udawał, że w ogóle nie ma brata, ponieważ pan Potter i jego żałosna żona byli ludźmi całkowicie innego rodzaju. Dursleyowie wzdrygali się na samą myśl, co by powiedzieli sąsiedzi, gdyby Potterowie pojawili się na ich ulicy. Oczywiście wiedzieli, że Potterowie też mają córeczkę, ale nigdy nie widzieli jej na oczy i z całą pewnością nie chcieli jej nigdy oglądać. Ta dziewczynka była jeszcze jednym powodem, by Dursleyowie trzymali się jak najdalej od Potterów; nie życzyli sobie, by Darya przebywała w towarzystwie takiego dziecka.
Kiedy Dursleyowie obudzili się rano w pewien nudny, szary wtorek, od którego zaczyna się nasza opowieść, w zachmurzonym niebie nie było niczego, co by zapowiadało owe dziwne i tajemnicze rzeczy, które miały się wkrótce wydarzyć w całym kraju. Pani Dursley nuciła coś pod nosem,zapinając swój najnudniejszy naszyjnik, a pan Dursley wyrwał się na chwilę z domu po ziemniaki, gdy tylko udało mu się wepchnąć wrzeszczącą Daryę do dziecinnego krzesła na wysokich nogach.
Żadne z nich nie zauważyło wielkiej, brązowej sowy, która przeleciała za oknem. O wpół do dziewiątej pani Dursley chwyciła torebkę, pan Dursley cmoknął ją w policzek i spróbowała pocałować na pożegnanie Daryę, lecz jej się to nie udało, bo Darya miał akurat napad szału i opryskiwała ściany owsianką.
- Nieznośny bachor - zarechotał pan Dursley, zamykając drzwi za żoną. Wsiadła do samochodu i wyjechała tyłem sprzed numeru czwartego na Privet Drive.
Na rogu ulicy dostrzegła pierwszą oznakę pewnej nienormalności - kota studiującego jakąś mapę. Dopiero po chwili do pani Dursley dotarło to, co zobaczyła, więc obróciła gwałtownie głowę, by spojrzeć jeszcze raz. Na rogu Privet Drive rzeczywiście stał bury kot, ale nie studiował żadnej mapy. Co mogła sobie pomyśleć pani Dursley? To, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek - że musiało to być jakieś złudzenie optyczne. Zamrugała parę razy i utkwiła spojrzenie w kocie, a kot utkwił spojrzenie w niej. Pani Dursley skręciła na rogu ulicy i wjechała na szosę, obserwując kota w lusterku. Kot odczytywał teraz napis PRIVET DRIVE - nie, tylko wpatrywał się w tabliczkę z tym napisem, bo przecież koty nie potrafią czytać, a tym bardziej studiować map. Pani Dursley otrząsnąła się lekko i wyrzuciła kota z myśli. Kiedy zbliżała się do miasta, po głowie chodziło jej już tylko wielkie zamówienie na świdry, które miała dzisiaj otrzymać.
Na skraju miasta została jednak zmuszona do zapomnienia o świdrach. Kiedy utkwiła w normalnym porannym korku ulicznym, nie mogła nie zauważyć, że naokoło jest mnóstwo dziwacznie ubranych ludzi. Ludzi w pelerynach. Pani Dursley nie znosiła ludzi ubierających się śmiesznie, na przykład młodych ludzi w tych wszystkich cudacznych strojach. Doszła do wniosku, że to jakaś nowa, głupia moda. Jej, niespokojne już spojrzenie padło na stojącą w pobliżu grupkę tych dziwaków. Szeptali między sobą, wyraźnie podnieceni. Pani Dursley stwierdziła z oburzeniem, że niektórzy wcale nie są młodzi; o, ta kobieta na pewno jest starsza od niej, a ma na sobie szmaragdowozieloną pelerynę! Dla normalnej kobiety taki strój był totalną porażką. Po chwili przyszło jej jednak na myśl, że ci ludzie po prostu przeprowadzają zbiórkę na jakiś cel... tak, na pewno o to chodzi. Sznur samochodów ruszył i kilka minut później pani Dursley wjechała na parking firmy Grunnings, a w jej myślach z powrotem zagościły świdry ploteczki z pracy, no i świdry.
W swoim gabinecie na dziewiątym piętrze pani Dursley zawsze siedziała plecami do okna co ułatwiało jej rozmowę ze swoją asystentką, którą traktowała jak siostrę. Tego dnia okazało się to okolicznością sprzyjającą, bo gdyby siedziała przodem do okna, trudno by mu było skupić się na świdrach i plotkach. Nie widziała sów przelatujących jawnie w biały dzień, choć widzieli je ludzie na ulicy; pokazywali je sobie palcami i gapili się na nie z otwartymi ustami. Większość z nich jeszcze nigdy nie widziała sowy, nawet w nocy. Natomiast pani Dursley przeżyła normalne, całkowicie wolne od sów przedpołudnie. Nawrzeszczała po kolei na pięciu pracowników. Odbyła kilka ważnych rozmów telefonicznych, a potem znowu na kogoś nawrzeszczała. Była w wyśmienitym nastroju aż do pory lunchu, kiedy pomyślała, że dobrze by było wyprostować nogi, przejść się na drugą stronę ulicy i kupić sobie w piekarni bułkę z rodzynkami.
Dawno już zapomniała o ludziach w pelerynach, kiedy nagle natknęła się na nich tuż obok piekarni. Zerknęła na nich niespokojnie. Nie bardzo wiedziała dlaczego, ale budzili w niej niepokój. W tej grupce również szeptano o czymś z ożywieniem, ale nie zauważyła, by ktoś miał w ręku puszkę do zbierania datków. Dopiero kiedy wyszła ze sklepu, niosąc torbę z wielkim kawałem ciasta z orzechami, ulubionym ciastem jej męża, usłyszała strzępy rozmowy.
- ...Potterowie, zgadza się, ja też o tym słyszałem... - ...tak, to ich córka, Harriet...
Pani Dursley zatrzymała się oniemiała. Poczuła falę lęku. Spojrzała przez ramię na dziwnie ubranych osobników, jakby chciała ich o coś zagadnąć, ale stwierdziła, że to nie jest dobry pomysł.
Przeszła chwiejnym krokiem przez ulicę, wjechała windą na dziewiąte piętro, z udawaną uprzejmością poinstruowała sekretarkę, żeby jej nikt nie przeszkadzał, złapała za słuchawkę telefonu i już prawie wykręciła numer do domu, kiedy znowu się rozmyśliła. Odłożyła słuchawkę i zaczęła gorączkowo myśleć, bawiąc się złotym łańcuszkiem. Nie, nie dajmy się zwariować... W końcu nie ma w tym nic niezwykłego! Mnóstwo ludzi może się nazywać Potter i mieć córkę Harriet. A kiedy zaczęła się nad tym zastanawiać, doszła do wniosku, że nie jest nawet pewna, czy córka jej szwagra ma na imię Harriet.  Nigdy jej nie widziała, chociaż w głębi była ciekawa tego dziecka. Bardzo możliwe, że nazywa się Harvey. Albo Hanna. Nie ma powodu, by denerwować pana Dursley; każde wspomnienie o bracie strasznie go frustrowało. Nie miała mu tego za złe - ostatecznie, gdyby ona miała takiego brata... Ale mimo wszystko, ci ludzie w pelerynach...
Tego popołudnia było jej trochę trudniej skupić się na świdrach, a kiedy o piątej opuszczała firmę, był w takim stanie, że wpadła na kogoś tuż za drzwiami.
- Bardzo przepraszam- mruknęła, gdy drobny staruszek, na którego wpadła, zatoczył się i prawie upadł. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że staruszek ma na sobie fioletową pelerynę. I wcale nie sprawiał wrażenia rozgniewanego tym, że ktoś o mało co nie powalił go na ziemię. Przeciwnie, na jego twarzy zakwitł szeroki uśmiech i zaskrzeczał tak, że przechodnie zaczęli się oglądać:
- Niech pani nie będzie przykro, bo dzisiaj nic nie może zepsuć mi humoru! Ciesz się pani ze mną, bo już nie ma Sam-Wiesz-Kogo! Wszyscy powinni się cieszyć, nawet mugole tacy jak pani! Bo to szczęśliwy, ach, jak szczęśliwy dzień!
Po czym uściskał panią Dursley serdecznie i odszedł.
Panią Dursley całkowicie zamurowało. Została uściskana przez zupełnie nieznajomego człowieka! I nazwano ją mugolem, cokolwiek miało to znaczyć. Była wstrząśnięty. Pobiegła do samochodu, potykając się o swoje buty na wysokim obcasie i ruszyła w drogę do domu, mając nadzieję, że coś jej się przywidziało, a zdarzyło jej się to po raz pierwszy w życiu, bo nie pochwalała wybujałej wyobraźni. Kiedy wjechała na podjazd przed numerem czwartym, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła - był bury kot, którego spostrzegła dzisiaj rano. Teraz kot siedział na murku otaczającym ich ogród. Była pewna, że to ten sam kot, bo miał takie same ciemniejsze obwódki wokół oczu.
- Siooo! - pisnęła pani Dursley. Kot nawet nie drgnął, tylko zmierzył ją chłodnym spojrzeniem. Czy tak się zachowują normalne koty? Pani Dursley wzdrygnęła się i weszła do domu. Nadal nie zamierzała wspominać o tym wszystkim mężowi. Już miał dość zmartwień na głowie
Pan Dursley spędził normalny, całkiem miły dzień, niestety i dziś nie udało mu się znaleźć pracy. Podczas obiadu opowiedział jej o problemach, jakie ma sąsiad ze swoim nowym Fordem, i o tym, że Darya nauczyła się nowego słowa („nie chcę!”). Pani Dursley starała się zachowywać normalnie. Kiedy w końcu udało im się zapakować Daryę do łóżeczka, weszła do saloniku i zdążyła na koniec dziennika wieczornego.
- I ostatnia wiadomość. Obserwatorzy ptaków donoszą o bardzo dziwnym zachowaniu krajowych sów. Choć normalnie sowy polują w nocy i nie widzi się ich w ciągu dnia, z setek doniesień wynika, że dzisiaj sowy latały we wszystkich kierunkach od samego rana. Specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego sowy tak nagle zmieniły swoje zwyczaje. - Tu spiker pozwolił sobie na uśmiech. - To bardzo tajemnicza sprawa. A teraz posłuchajmy, co Jim McGuffin ma do powiedzenia o pogodzie. Jim, czy tej nocy zanosi się na jakiś deszcz sów?
- No cóż, Ted - odpowiedział facet od pogody - nie bardzo się na tym znam, ale wiem, że nie tylko sowy zachowywały się dziś bardzo dziwnie. Dzwonili do mnie telewidzowie z Kentu, Yorkshire i Dundee, mówiąc, że zamiast obiecanego przez mnie deszczu mieli prawdziwą ulewę meteorytów! Może niektórzy wcześniej zaczęli obchodzić Noc Sztucznych Ogni? Ludzie, to dopiero w przyszłym tygodniu! Ale mogę wam obiecać, że w nocy będzie padało.
Pani Dursley poczuł się bardzo niepewnie. Meteoryty nad całą Anglią? Sowy latające w biały dzień? Tajemniczy osobnicy w pelerynach? I to szeptanie... szeptanie o Potterach...
Do saloniku wszedł pan Dursley, niosąc dwie filiżanki herbaty. Bardzo dbał o swoją żonę i był jej wdzięczny, za to, że to ona utrzymuje rodzinę. Nie, tak nie można. Powinien z nią porozmawiać. Odchrząknął nerwowo
- Eee...Patricku, ... nie miałeś ostatnio wiadomości od swojego brata? Jak się spodziewała, pan Dursley spojrzała na niego wzrokiem rozwścieczonego bazyliszka. Zwykle udawali, że nie ma brata.
- Nie - odpowiedziała ostrym tonem. - Dlaczego pytasz?
- Dziwne rzeczy były w dzienniku - odrzekła z udawanym spokojem pani Dursley. - Sowy... spadające gwiazdy... a w mieście widziałam mnóstwo cudacznie poubieranych ludzi...
- No i co? – warknął już czerwony pan Dursley.
- Cóż, tak sobie pomyślałam... może... może to ma coś wspólnego z... no wiesz... jego towarzystwem.
Pan Dursley wessał łyk herbaty przez zaciśnięte wargi. Pani Dursley zastanawiała się, czy powiedzieć mu, że słyszała nazwisko „Potter”. Uznała, że byłoby to zbyt śmiałe posunięcie. Zamiast tego powiedziała, siląc się na obojętność:
- Ichcórka... musi być teraz w wieku Daryi, prawda?
- Tak przypuszczam - odpowiedział sucho pan Dursley.
- Zaraz, jak ona ma na imię? Hanna, tak?
- Harriet. Obrzydliwe, pospolite imię.
- Och, tak... - mruknęła pani Dursley, a serce w niej zamarło. - Tak, zgadzam się z tobą całkowicie.
Poszli na górę i więcej już o tym nie wspominała. Kiedy pan Dursley zamknął się w łazience, pani Dursley podkradła się do okna sypialni i zerknęła na ogród przed domem. Kot wciąż tam siedział. Wpatrywał się w Privet Drive, jakby na coś czekał.
Czyżby miała halucynacje? I czy może to mieć coś wspólnego z Potterami? Bo gdyby tak... gdyby się okazało, że są spokrewnieni z jakimiś... Nie, tego by chyba nie zniosła.
Położyli się do łóżka. Pan Dursley szybko zasnął rozpoczynając przy tym swoją filharmonię chrapnięć, ale pani Dursley leżała i rozmyślała o tym wszystkim Próbowała czytać książkę, lecz jej to nie wychodziło.. W końcu doszła do wniosku, że nawet gdyby Potterowie mieli z tym coś wspólnego, nie było powodu, by niepokoili ją i pana Dursley. Dobrze wiedzieli, co ona i Patrick myślą o nich i o ludziach ich pokroju... Trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób ona i Patrick mogliby zostać wplątani w coś, do czego może dojść... Poczuła ulgę, ziewnęła i przewróciła się na bok, wcześniej gasząc lampkę przy łóżku. Nie, nas to nie może dotyczyć...
Jak bardzo się myliła!
Pani Dursley zapadła w niezbyt zresztą spokojny sen, ale kot na murku nie okazywał najmniejszych oznak senności. Siedział tam, nieruchomy jak posąg, z oczami utkwionymi w dalekim końcu Privet Drive. Nawet nie drgnął, kiedy w sąsiedniej uliczce trzasnęły drzwi samochodu, ani kiedy dwie sowy przeleciały mu nad głową. Nie poruszył się aż do północy.
Na rogu, który z taką uwagą obserwował kot, pojawił się jakiś człowiek. Pojawił się tak nagle i bezszelestnie, iż można było pomyśleć, że wyrósł spod ziemi. Ogon kota drgnął, a oczy mu się zwęziły.
Jeszcze nigdy ktoś taki nie pojawił się na Privet Drive. Była to wysoka, chuda kobieta, bardzo stara, sądząc po srebrnych włosach, które opadały jej do kolan. Miała na sobie sięgający ziemi purpurowy płaszcz i długie buty na wysokim obcasie. Zza połówek okularów błyskały jasne, niebieskie oczy, a bardzo długi i zakrzywiony nos sprawiał wrażenie, jakby był złamany w przynajmniej dwóch miejscach. Nazywała się Alba Dumbledore.
Alba Dumbledore zdawała się nie mieć zielonego pojęcia o tym, że właśnie przybyła na ulicę, na której to wszystko - od jej nazwiska po dziwaczne buty - było bardzo źle widziane. Z zapałem grzebała w płaszczu, najwyraźniej czegoś szukając. Nie zdawała sobie też sprawy z tego, że od dłuższego czasu jest obserwowana, aż nagle podniosła głowę i zobaczyła kota, który wciąż wpatrywał się w niąz drugiego końca uliczki. Zacmokała i mruknęła:
- Mogłam się tego spodziewać.
Znalazła to, czego szukała, w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyglądało jak srebrna zapalniczka. Otworzyła to, uniosła i pstryknęła. Najbliższa latarnia zgasła z lekkim trzaskiem. Pstryknęła znowu - następna latarnia mrugnęła i zgasła. Pstrykała wygaszaczem dwanaście razy, aż jedynymi światłami na ulicy pozostały dwa maleńkie punkciki - oczy obserwującego go kota. Gdyby ktoś wyjrzał teraz przez okno - nawet gdyby to był pan Dursley - nie byłby w stanie dostrzec, co się dzieje na ulicy. Dumbledore wsunęła wygaszacz za pazuchę i ruszyła w kierunku numeru czwartego, gdzie przysiadła na murku obok kota. Nie spojrzała na niego, ale po chwili przemówiła:
- Co za spotkanie, profesor McGonagall! Odwróciła głowę, by uśmiechnąć się do burego kota, ale ten gdzieś zniknął. Zamiast tego uśmiechała się do nieco srogo wyglądającego mężczyzny w prostokątnych okularach, których kształt był identyczny z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. On też miał na sobie długi płaszcz, tyle że szmaragdowy. Czarne, długie włosy upiął w ciasną kitkę. Wyglądał na bardzo wzburzonego.
- Skąd pani wiedziała, że to ja? - zapytał.
- Ależ, drogi panie profesorze, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak sztywno.
- Sama by pani zesztywniała, gdyby pani przyszło siedzieć na murze przez cały dzień – odpowiedział profesor McGonagall.
- Cały dzień? I w ogóle pan nie świętował? Idąc tutaj, musiałam wpaść na chyba z tuzin biesiad i przyjęć.
                Profesor McGonagall prychnął ze złością.
- Och, tak, wiem, wszyscy świętują. Można by pomyśleć, że powinni być trochę ostrożniejsi, ale nie... Nawet mugole zauważyli, że coś się święci. Mówili o tym w wieczornych wiadomościach. - Wskazała podbródkiem ciemne okna salonu państwa Dursleyów. - Sam słyszałem. Stada sów... spadające gwiazdy... Nie są aż takimi głupcami. Muszą coś zauważyć. Spadające gwiazdy w Kencie! Mogę się założyć, że to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał się rozsądkiem.
- Trudno mieć do niego pretensję - stwierdziła łagodnie Dumbledore. - W końcu przez całe jedenaście lat niewiele mieliśmy okazji do świętowania.
- Wiem - powiedział ze złością profesor McGonagall. - To jednak nie powód, żeby całkowicie tracić głowę. Ludzie nie zachowują najmniejszej ostrożności, łażą po ulicach w biały dzień, nawet nie raczą się przebrać w stroje mugoli, wymieniają pogłoski.
Spojrzał na Dumbledore z ukosa, jakby oczekiwał, że coś na to powie, ale milczała, więc ciągnął dalej:
- Tego tylko brakuje, żeby w tym samym dniu, w którym w końcu zniknęła SamaWiesz-Kto, mugole dowiedzieli się o nas wszystkich. Dumbledore, mam nadzieję, że ona naprawdę zniknęła, co?
- Na to wszystko wskazuje - odpowiedziała Dumbledore. - Mamy za co być wdzięczni. Może ma pan ochotę na cytrynowego dropsa?
- Na co?
- Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubię.
- Nie, dziękuję - odpowiedział chłodno profesor McGonagall, jakby chciał podkreślić, że nie jest to odpowiedni moment na cytrynowe dropsy. - Jak mówię, nawet jeśli Sama-Wiesz-Kto rzeczywiście zniknęła...
- Drogi panie profesorze, czy taka rozsądna osoba jak pan nie mogłaby dać sobie spokoju z tą dziecinadą? Przez jedenaście lat walczyłam z tym bzdurnym „Sam-Wiesz-Kto”, próbując ludzi nakłonić, by używali jej właściwego nazwiska: Voldemort. - Profesor McGonagall wzdrygnął się, ale Dumbledore, która akurat usiłowała odkleić z rolki dwa dropsy, zdawała się tego nie zauważyć. - To wszystko staje się takie mętne, kiedy wciąż mówimy „Sam-Wiesz-Kto”. Nigdy nie widziałam powodu, by bać się wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta.
- Wiem - powiedział profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała się z podziwem. - Ale pani to co innego. Każdy wie, że jest pani jedyną osobą, której boi się SamaWie... no, niech już będzie... Voldemort.
- Pochlebia mi pan - rzekła spokojnie Dumbledore. - Voldemort ma do dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie będę miała.
- Bo pani jest... no... zbyt szlachetna, by się nimi posługiwać.
- Wielkie szczęście, że jest ciemno. Nie zarumieniłam się tak od czasu, kiedy pan Pomfrey powiedział, że podobają się mu moje nauszniki.
Profesor McGonagall rzucił na nią ostre spojrzenie i powiedział:
- Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wszędzie krążą. Wie pan, o czym wszyscy mówią? O przyczynie jej nagłego zniknięcia? O tym, co ją w końcu powstrzymało? Wyglądało na to, że profesor McGonagall poruszył wreszcie temat, o którym bardzo chciał podyskutować, a był to prawdziwy powód, dla którego czekał na niego na zimnym, twardym murze przez cały dzień. W każdym razie do tej chwili ani jako kot, ani jako mężczyzna nie utkwił w Albie Dumbledore tak świdrującego spojrzenia, jak teraz. Było oczywiste, że cokolwiek mówili „wszyscy”, nie zamierzał w to uwierzyć, póki Dumbledore nie powie mu, że to prawda. Lecz Dumbledore odkleiła sobie jeszcze jednego dropsa i milczała.
- A mówią - naciskał profesor McGonagall - że zeszłej nocy Voldemort pojawiła się w Dolinie Godrika. Chciała odnaleźć Potterów. Krążą pogłoski, że Leon i Julita Potter... że oni... nie żyją.
Dumbledore pokiwała głową. Profesor McGonagall westchnął głęboko.
-Leon Julita... Nie mogę w to uwierzyć... Nie chciałem w to uwierzyć…
Dumbledore wyciągnąła rękę i poklepała go po ramieniu.
- Wiem... wiem... - pocieszała go cicho. Gdy ten przeżył falę smutku po stracie swoich uczniów.
- To nie wszystko - oznajmił profesor McGonagall niespokojnym głosem. - Mówią, że próbowała zabić córkę Potter’ów Harriet. Ale... nie mogła. Nie była w stanie uśmiercić małej dziewczynki! Nikt nie wie dlaczego ani jak, ale mówią, że od tego momentu potęga Voldemort jakby się załamała... i właśnie dlatego gdzieś zniknęła.
Dumbledore pokiwała ponuro głową.
- A więc to... to prawda? - wyjąkał profesor McGonagall. - Po tym wszystkim, co zrobiła... Tylu ludzi pozabijała... i nie mogła zabić małego dziecka? To wprost zdumiewające... Tyle się robiło, żeby go powstrzymać, aż tu nagle... Ale... na miłość boską, jak temu Harriet udało się przeżyć?
- Pozostaje nam tylko zgadywać - powiedziała Dumbledore. - Może nigdy się nie dowiemy.
Dumbledore wyjęła z kieszeni złoty zegarek, przyjrzała mu się i mocno pociągnęła nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanaście wskazówek, a nie miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy krążyły maleńkie planety. Dumbledore musiała jednak coś z niego odczytać, bo włożył go z powrotem do kieszeni i rzekła:
- Hagrid się spóźnia. Nawiasem mówiąc, to chyba on ci powiedział, że tutaj będę, tak?
- Tak - przyznał profesor McGonagall. - A możesz mi powiedzieć, dlaczego znalazłaś się akurat tutaj?
- To proste. Chcę zainstalować Harriet u jego ciotki i wuja. To jedyna rodzina, jaka jejpozostała.
- Ależ, Dumbledore... przecież nie możesz mieć na myśli ludzi, którzy mieszkają tutaj! - zawołał profesor McGonagall, zrywając się na równe nogi i wskazując na numer czwarty. - Dumbledore... przecież to niemożliwe. Obserwowałem ich przez cały dzień. Trudno o dwoje ludzi, którzy tak by się od nas różnili. I mają córkę... sam widziałem, jak kopała ojca na ulicy, wrzeszcząc, żeby mu kupił cukierki. I Harriet Potter miałaby tutaj zamieszkać?
- Tu jej będzie najlepiej - oświadczyła stanowczo Dumbledore. - Jej ciotka i wuj będą mogli mu wszystko wytłumaczyć, kiedy trochę podrośnie. Napisałam do nich list.
- List? - powtórzył profesor McGonagall, siadając z powrotem na murku. - Dumbledore, czy naprawdę sądzisz, że zdołasz im wszystko wyjaśnić w liście? Przecież ci mugole nigdy go nie zrozumieją! Będzie sławna... stanie się legendą... wcale bym się nie zdziwił, gdyby odtąd ten dzień nazywano Dniem Harriet Potter... będą o niej pisać książki... każde dziecko będzie znało jej imię!
- Święta racja - powiedziała Dumbledore, spoglądając na nią z powagą ponad połówkami swoich szkieł. - Dość, by zawróciło w głowie każdej dziewczynce. Słynna, zanim nauczy się chodzić i mówić! Słynna z czegoś, czego nawet nie pamięta! Nie rozumiesz, że będzie lepiej, jak najpierw trochę podrośnie, a dopiero później dowie się o tym wszystkim?
Profesor McGonagall otworzył usta, ale zmienił zamiar, przełknął ślinę i powiedział:
- Tak... tak, masz rację, oczywiście. Ale jak ona tutaj trafi?
Zerknął na jej płaszcz, jakby pomyślał, że może pod nim ukrywać Harriet.
- Hagrid jąprzyniesie.
- I myślisz, że to... mądre... powierzać Hagridowi tak ważną misję?
- Powierzyłabym mu swoje życie - odparła Dumbledore.
- Nie twierdzę, że ma serce po złej stronie - powiedział z niechęcią profesor McGonagall - ale nie można przymykać oczu na to, że jest trochę... no... beztroski. Nie ma skłonności do... Co to było?
                Ciszę wokół nich przerwał jakiś warkot. Spojrzeli na ulicę, wypatrując odblasku reflektorów, a warkot narastał i narastał, aż zamienił się w ryk, kiedy oboje spojrzeli w niebo, bo właśnie stamtąd nadleciał wielki motocykl, który wylądował tuż przed nimi.
Motocykl miał naprawdę imponujące rozmiary, ale na człowieku, który go dosiadał, nie mogło to robić żadnego wrażenia. Wzrostem dwukrotnie przewyższał normalnego człowieka, a szerszy był przynajmniej pięciokrotnie. Trudno było uwierzyć w jego wymiary, a był przy tym niesamowicie dziki - długie, zmierzwione czarne włosy i broda prawie całkowicie przykrywały mu twarz, dłonie miał wielkości pokryw od pojemników na śmieci, a stopy w wysokich, skórzanych butach przypominały małe delfiny. W przepastnych, muskularnych ramionach trzymał małe zawiniątko.
- Hagrid! - powitała go z ulgą Dumbledore. - Nareszcie. Skąd wytrzasnąłeś ten motocykl?
- Pożyczyłem go, pani psor - odpowiedział olbrzym, złażąc ostrożnie z motocykla. - Od młodej Sylvii Black. Mam ją, pani psor.
- Nie było żadnych trudności?
- Nie, pani psor... Dom był całkiem rozwalony, ale ją wyciągiem, zanim zaroiło się od mugoli. Zasnęła, bidula, jak przelatywaliśmy nad Bristolem.
Dumbledore i profesor McGonagall pochylili się nad zawiniątkiem. Wyłaniała się z niego buzia uśpionego niemowlęcia. Na jej czole, pod kępką kruczoczarnych włosów, zobaczyli dziwną bliznę, przypominającą błyskawicę.
- To właśnie tu?... - wyszeptał profesor McGonagall.
- Tak - odrzekła Dumbledore. - Zostanie mu na zawsze.
- Nie możesz czegoś z tym zrobić? - Nawet gdybym mogła, to bym nie zrobiła. Blizny mogą się przydać. Sama mam jedną nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyńskiego metra. No dobrze... daj mi ją, Hagrid... miejmy to już za sobą.
Dumbledore wzięła Harriet w ramiona i zwróciła się w stronę domu Dursleyów.
- Może... mógłbym się z nim pożegnać, pani psor? - zapytał Hagrid.
Pochylił swoją wielką, kudłatą głowę nad Harriet i obdarzył go czymś, co musiało być bardzo drapiącym, włochatym pocałunkiem. A potem nagle zawył jak zraniony pies.
- Ciiicho! - syknął profesor McGonagall. - Obudzisz mugoli!
- Prz-e-e-p-ra-a-a-szam - załkał Hagrid, wydobywając z kieszeni wielką chustkę w kropki i chowając w nią twarz. - Ale n-n-ie mogę w-w-wytrzymać... Leon i Julita nie żyją... a bidna mała Harriet ma tu mieszkać z mugolami...
- Tak, tak, to bardzo przygnębiające, ale weź się w garść, Hagrid, bo nas wszystkich złapią - wyszeptał profesor McGonagall, klepiąc go energicznie po ramieniu, a tymczasem Dumbledore przełazła przez niski murek i podeszła do frontowych drzwi. Położyła Harriet ostrożnie na schodkach, wyjęła z płaszcza list, wsunęła go między koce, po czym wróciła. Wszyscy troje stali przez równą minutę, patrząc na zawiniątko; ramiona Hagrida dygotały, profesor McGonagall mrugał zawzięcie, a ogniki, które zwykle jarzyły się w oczach Dumbledore, przygasły.
- No cóż - powiedziała w końcu Dumbledore - to by było na tyle. Nie ma co tutaj sterczeć. Trzeba gdzieś iść i przyłączyć się do świętowania.
- Taaa - odezwał się Hagrid stłumionym głosem. - Chiba wezmę i oddam motor Sylvii. Dobranoc, pani psor... dobranoc, panie psorze.
Otarłszy oczy rękawem kurtki, Hagrid wskoczył na motocykl i kopnął w pedał zapłonu. Silnik zaryczał i po chwili wehikuł wzniósł się w powietrze i zniknął w ciemnościach nocy.
- Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy, profesor McGonagall - powiedziała Dumbledore, na co schylił przed nią głowę.
Profesor Dumbledore wydmuchała złośliwie nos. Odwróciła się i pomaszerowała ulicą. Na rogu przystanęła i wyjęła wygaszacz. Tym razem pstryknęła nim tylko raz i natychmiast dwanaście świetlistych rac pomknęło ku swoim latarniom, tak że na Privet Drive zrobiło się nagle pomarańczowo. W tym samym momencie zobaczyła burego kota, znikającego właśnie za rogiem na drugim końcu uliczki. Dostrzegła też tobołek na schodkach przed drzwiami numeru czwartego.
- Powodzenia, Harriet - mruknęła pod nosem, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, szumiąc połami płaszcza.
Lekki wiaterek zatrzepotał listkami równo przyciętego żywopłotu przy Privet Drive. Uśpiona, schludna uliczka nie kojarzyła się ani na trochę z miejscem, w którym mogłyby się dziać tak zdumiewające rzeczy. Harriet Potter przewróciła się na bok wewnątrz tobołka, ale nawet nie otworzył oczu. Mała rączka zacisnęła się na liście i spała dalej, nie wiedząc, że jest kimś niezwykłym, nie wiedząc, że jest sławna, nie wiedząc, że za kilka godzin zostanie obudzona wrzaskiem pani Dursley, otwierającej drzwi, by udać się do pracy, ani tego, że przez następne kilka tygodni będzie szturchana i szczypana przez swoją kuzynkę Daryę... Nie mogła wiedzieć, że w tym samym momencie różni ludzie, spotykający się potajemnie w różnych miejscach kraju, wznosili szklanki i mówili przytłumionym głosem:

- Za Harriet Potter... za dziewczynkę, która przeżyła!


Zapowiada się ciekawie :P

2 komentarze:

  1. Dlaczego Hagrid nie jest kobietą? Szkoda, liczyłam na to, że wszyscy zmienią płeć na przeciwną... A poza tym, cóż kopiuj - wklej z HP, do tego nie wszystkie zaimki zostały zmienione. Chociaż ogólnie... przeczytałam bym więcej, bo akurat mam fazę na taką zamianę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam zupełnie pomysłu jak zmienić Hagrida, to by było strasznie dziwne. To tak na wstęp dałam właściwie wszystko z książki. Później będę sama pisać i modyfikować, no bo w końcu historia nie może potoczyć się tak samo prawda?

      Usuń